W Londynie znów obradowała trójka. Polski przy stole nie było. 7 czerwca Starmer, Macron i Merz spotkali się z Zełenskim, by wyznaczyć warunki „sprawiedliwego pokoju” dla Ukrainy – państwa, którego losy ważą się tuż za naszą granicą i które bez polskiego terytorium nie dostałoby ani jednego pocisku. A sam Zełenski przyleciał na ten szczyt nie przez Rzeszów, jak zwykle, tylko okrężnie, przez Kiszyniów w Mołdawii, demonstracyjnie omijając Polskę w odwecie za naszą reakcję na sprawę UPA. To dwa obrazki z jednego tygodnia, które układają się w niewygodną tezę: o przyszłości naszej części Europy znów rozmawia się ponad naszymi głowami.
Trójka decyduje, Polska słucha.
Format jest stały i nazywa się E3 – Wielka Brytania, Francja, Niemcy. To one, raz w Genewie jesienią 2025 roku, raz w Londynie teraz, siadają z Ukraińcami i kreślą warunki pokoju – w Londynie wyznaczyli ich pięć, od natychmiastowego rozejmu po rozmowy wzdłuż obecnej linii frontu. I jest w tym gorzki paradoks: to przez Polskę, przez lotnisko w Rzeszowie, przepływa lwia część zachodniej pomocy dla Ukrainy, a mimo to przy stole, gdzie zapadają decyzje, nas po prostu nie ma. Włosi mieli przynajmniej odwagę zaznaczyć swoją nieobecność. Polska nie ma nawet tyle. Gdy na innym europejskim szczycie padło publiczne pytanie „a gdzie Italia, a gdzie Polonia?”, za stołem zapadła cisza i miny zdziwionych ryb. Bo tak właśnie wygląda to nasze osławione „partnerstwo europejskie”: są równi i równiejsi, a potem nazywa się to wspólnotą. Włosi czują się pokrzywdzeni. Mnie najbardziej dziwi, że my się pokrzywdzeni nie czujemy.
Cichy chłód między Kijowem a Berlinem.
A pod powierzchnią dzieje się rzecz, o której w Polsce mówi się stanowczo za mało: relacje ukraińsko-niemieckie ostatnimi tygodniami są coraz mocniej niuansowane, żeby nie powiedzieć schładzane. Kanclerz Merz wyszedł niedawno z pomysłem „członkostwa stowarzyszonego” Ukrainy w Unii – bez prawa głosu – który Zełenski odrzucił publicznie jako niesprawiedliwy. Obiecywane Ukrainie pociski manewrujące Taurus jak były wstrzymywane, tak są wstrzymywane do dziś – Merz, który w opozycji ich żądał, u władzy stwierdził, że „nie widzi sensu”. W niemieckiej debacie publicznej coraz głośniej słychać też głosy zmęczenia wojną; nawet poważne tytuły, jak „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, publikują eseje przekonujące, że Ukraina ma wręcz obowiązek usiąść do rozmów pokojowych. Każdy z tych sygnałów z osobna da się wytłumaczyć. Razem zaczynają układać się we wzór.
Widmo Mitteleuropy.
I tu muszę uczciwie oddzielić fakt od mojej obawy. Na poziomie rządowym Berlin jest dziś wobec Rosji twardszy, nie miększy, niż za Scholza, a niemiecko-rosyjski handel praktycznie się załamał. Ale moim zdaniem warto pilnie obserwować trend, a nie tylko bieżący stan. Bo presja na powrót do interesów z Moskwą rośnie i płynie dziś głównie z opozycji: na forum w Petersburgu pojawiła się delegacja Alternatywy dla Niemiec, której przedstawiciel spotkał się z szefem Gazpromu i wzywał do reaktywacji Nord Stream. W samej Rosji wciąż działa około półtora tysiąca niemieckich firm. To wszystko otwiera stare książki o niemiecko-rosyjskich zbliżeniach i o Mitteleuropie – wymyślonej jeszcze za Bismarcka koncepcji niemieckiej strefy wpływów nad krajami leżącymi między Berlinem a Moskwą. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jeśli zmęczenie wojną w Niemczech będzie narastać, to właśnie my, leżący „pomiędzy”, znów mielibyśmy zapłacić rachunek za cudzy spokój. Symbolem tego ryzyka jest Nord Stream. Rurociągi leżą dziś martwe, a niemieckie śledztwo wskazuje, że za sabotażem z 2022 roku stała ukraińska ekipa nurków – ale w cieniu rozmów o pokoju samo pytanie o ich reaktywację wróciło do niemieckiej debaty. Berlin oficjalnie zaprzecza, jakoby chciał wracać do rosyjskiego gazu. Ja jednak biorę takie zaprzeczenia za słowo dopiero wtedy, gdy idą za nimi czyny.
Międzymorze, czyli nasza odpowiedź.
Co z tym zrobić? Odpowiedź jest stara jak Polska niepodległa i nazywa się Międzymorze. Jej żywym, działającym dziś wcieleniem jest Inicjatywa Trójmorza, która zrzesza trzynaście państw naszego regionu, od Bałtyku po Adriatyk, a sama Ukraina jest w niej od 2022 roku państwem partnerskim. Co więcej, ma ona realnego sojusznika za oceanem: Donald Trump był pierwszym amerykańskim prezydentem, który przyjechał na szczyt Trójmorza, a jego administracja wspiera ten projekt energetycznie i gospodarczo. To jest nasza naturalna oś – Polska, Ukraina, Rumunia, kraje bałtyckie, cała środkowoeuropejska wstęga. Sami ukraińscy stratedzy zaczynają mówić, że tylko taki blok, ciągnący od Bałtyku po Morze Czarne, daje naszej części kontynentu realną podmiotowość. Na kwietniowym szczycie w Dubrowniku Stany i państwa regionu podpisały porozumienia o współpracy w energetyce jądrowej i o południowym korytarzu gazowym – to już nie jest slogan z podręcznika historii, to twarda infrastruktura. To jest kierunek, w którym trzeba ten projekt rozbudowywać, aż z platformy gospodarczej stanie się wspólnotą bezpieczeństwa.
Podmiot, a nie przedmiot.
Tylko, i to jest klucz, musimy w tym wszystkim mieć jedno i drugie naraz. Z jednej strony twardo postawić Kijowowi własne warunki w sprawach, które są dla nas święte – jak pamięć Wołynia. Z drugiej nie dać sobie wyrwać z głowy perspektywy, że tylko razem, Polska, Ukraina, Rumunia, Słowacja, możemy się przeciwstawić temu zgniotowi, który zachodnia Europa wspólnie z Rosją próbuje nad nami rozpiąć. Bo alternatywą dla Międzymorza nie jest wygodna neutralność. Alternatywą jest rola tej ziemi „pomiędzy”, o której znów rozmawiają inni – w Londynie, w Berlinie, w Moskwie – a której samej nikt nie zaprasza do stołu. I dlatego sprawa jest prosta jak rzadko: albo zbudujemy własny blok i będziemy podmiotem, albo na zawsze zostaniemy cudzym przedmiotem. Trzeciej drogi dla państwa leżącego tam, gdzie my, historia nie przewiduje.
Fakty w tym tekście pochodzą ze wspólnego oświadczenia przywódców formatu E3 z Londynu z 7 czerwca 2026 roku, z doniesień „Kyiv Post”, „Kyiv Independent”, Euronews i Politico z maja i czerwca 2026 roku o przelocie prezydenta Zełenskiego przez Kiszyniów, o propozycji „członkostwa stowarzyszonego” i o sprawie pocisków Taurus, z danych niemieckiego urzędu statystycznego Destatis o załamaniu handlu z Rosją, z relacji o obecności delegacji AfD na forum w Petersburgu oraz z materiałów o Inicjatywie Trójmorza, jej członkach i amerykańskim wsparciu. Polityczne wnioski są moje własne.