Leszka Kraskowskiego nie trzeba lubić. Można nie wierzyć w żadne z jego śledztw, można go uważać za awanturnika i samotnego wilka, który sam wpakował się w kłopoty. Wolno tak myśleć – i nie ma to dziś najmniejszego znaczenia. Bo dziennikarzowi śledczemu sąd w Piasecznie wymierzył trzy miesiące tymczasowego aresztu, czyli najcięższą z sankcji, jakie w ogóle miał do wyboru. Nie pytam więc, czy redaktor jest winny. Pytam, po jakie narzędzie po niego sięgnięto.
Co nam sprzedano, i co się nie zgadza.
Najpierw puszczono w obieg opowieść prostą i uspokajającą: redaktora zatrzymano w trosce o bezpieczeństwo – jego własne, miejscowego komendanta policji oraz jego rodziny. Potem doczytaliśmy zarzuty: nielegalne posiadanie broni, a konkretnie pistoletu gazowego z amunicją, oraz wysłanie do komendanta maila z groźbą karalną. Brzmi to groźnie tylko do chwili, w której zaczyna się czytać szczegóły. Sprawy rodzinne, którymi podparto wniosek o areszt, zakończyły się bowiem kilka miesięcy wcześniej i zostały wyciągnięte na nowo akurat pod to zatrzymanie.
Pistolet, e-mail i niewygodne pytania.
Weźmy broń. Pistolet hukowy na amunicję gazową to przedmiot, który w Czechach, we Włoszech czy w większości Europy kupuje się bez żadnego pozwolenia; polskie przepisy każą rejestrować go dopiero powyżej określonego kalibru i właśnie na tej technicznej różnicy zasadza się cały „występek”. A teraz kontekst, o którym w oficjalnym przekazie głucho: redaktor od tygodni żył w poczuciu realnego zagrożenia. Jak relacjonuje jego obrona, przeżył napaść nożownika i strzały oddane w jego stronę, raz po raz zgłaszał to policji i raz po raz nic z tego nie wynikało. Dopiero wtedy napisał w sieci zdanie, które dziś obraca się przeciwko niemu: skoro państwo nie potrafi go obronić, czy ma wziąć sprawy we własne ręce?
Jest i sam mail. Obrona zwraca uwagę na szczegół, który powinien zapalić każdemu lampkę: groźba miała wyjść ze świeżo założonej skrzynki ProtonMaila, podpisanej pełnym nazwiskiem redaktora, choć on sam korespondował z policją ze zwykłego Gmaila. Prokuratura widzi to inaczej i wylicza tropy, które jej zdaniem prowadzą do dziennikarza. Nie ma jednak jeszcze sądu, który tę zagadkę rozstrzygnie – i właśnie dlatego nie wolno przesądzać o winie w żadną ze stron. Wolno za to pytać o proporcję.
Proporcja
Bo nawet recydywiście, człowiekowi już karanemu, który komuś grozi, sąd zwykle wyznacza zakaz zbliżania się, a nie areszt. Tymczasowe aresztowanie to środek ostateczny, najcięższy z całej palety, jaką sąd dysponuje. I nie mówi tego wyłącznie publicysta o określonych poglądach. Rzecznik Praw Obywatelskich przypomniał, że nadużywanie tymczasowego aresztu jest w Polsce problemem systemowym, a w sprawach dotyczących dziennikarzy potrzeba szczególnej ostrożności i publicznego uzasadnienia. Press Club Polska mówił wprost o naruszeniu prawa do obrony. To nie jest język opozycyjnej bojówki – to język instytucji powołanych do pilnowania standardów.
Tryb
Drugi zgrzyt to tryb. Redaktor wskazał własnego obrońcę – i ten wybór zignorowano, przydzielając mu adwokata z urzędu. Jego pełnomocnik, jak twierdzi obrona, nie miał dostępu do akt, o terminie posiedzenia aresztowego dowiedział się na kilka minut przed jego rozpoczęciem i nie był obecny przy przeszukaniu mieszkania. Każdy z tych elementów osobno da się tłumaczyć pośpiechem. Razem układają się w obraz, w którym prawo do obrony stało się formalnością. I to ten obraz, a nie sam zarzut, każe mi powtórzyć zdanie, które padło na żywo: że to wszystko zaczyna nazbyt przypominać Białoruś.
To nie jest nowy mechanizm.
Mam jednak obowiązek powiedzieć rzecz, która części moich widzów się nie spodoba: ten mechanizm nie urodził się wczoraj i nie ma jednej barwy partyjnej. W czerwcu 2014 roku funkcjonariusze ABW weszli do redakcji „Wprost” i próbowali odebrać naczelnemu laptop z nagraniami afery taśmowej; dziennikarze bronili sprzętu własnymi rękami. Działo się to za rządu Donalda Tuska. W tym samym tygodniu Monika Olejnik powiedziała premierowi prosto w twarz, że całe środowisko dziennikarskie jest przeciwko niemu, a on odparł tylko: „Tak, to zauważyłem”. Aparat państwa wyciągnięty przeciw redakcji nie pyta, kto akurat rządzi. Dlatego nie wolno go oswajać wtedy, gdy sięga po niego nasza strona – bo jutro tym samym narzędziem posłuży się ktoś inny.
Paradoks, którego nie przewidzieli.
Jest w tej historii paradoks, który powinien spędzać sen z powiek tym, którzy ten areszt zaplanowali. Kraskowski zasłynął drążeniem tak zwanej afery Polnordu – wątku, w którym przewija się nazwisko dziś koalicyjnego posła Romana Giertycha. Zaznaczam to wyraźnie: postępowanie wobec samego Giertycha umorzono na początku 2025 roku, on sam zarzutom zaprzecza, i tej granicy będę pilnował twardo. Ale samo zatrzymanie dziennikarza sprawiło, że jego materiały zaczęły żyć drugim życiem – ludzie znów otwierają tamtą historię i zadają pytania, które zdążyły już przycichnąć. Chciano temat zamknąć, a otwarto go na nowo. I dorzucę rzecz, którą mówię bez cienia partyjnej satysfakcji: ta sprawa w znacznej mierze ciągnie się jeszcze z czasów rządów PiS, który też sobie z nią nie poradził. Ona naprawdę jest ponad podziałami – i dlatego próba zamknięcia jej aresztem jest tak krótkowzroczna.
Na chłodno
Pytanie, które dziś pada najczęściej, brzmi: czy to już Białoruś? Na chłodno – jeszcze nie. W tegorocznym rankingu wolności prasy Reporterów bez Granic Polska awansowała na dwudzieste siódme miejsce na świecie, o cztery oczka w górę; od Białorusi, od reżimowego dna tej listy, dzielą nas lata świetlne. Co więcej, to właśnie Polska pod koniec kwietnia wydobyła Andrzeja Poczobuta z białoruskiego więzienia. I dlatego ta jedna sprawa boli podwójnie: państwo, które wyciąga dziennikarza z celi u Łukaszenki, sześć tygodni później pozwala własnemu sądowi posłać innego do aresztu za e-mail. Nie twierdzę więc, że jesteśmy Białorusią. Twierdzę, że o kierunku, w którym państwo zmierza, nie świadczą deklaracje, lecz narzędzia, po które pozwala sobie ono sięgać. Trzymiesięczny areszt dla dziennikarza, z odsuniętym obrońcą i zarekwirowanym sprzętem – a wraz z nim jego źródłami – jest właśnie takim narzędziem. Najzdrowszy w tym wszystkim jest odruch tych, którzy Kraskowskiego szczerze nie znoszą, a mimo to stanęli w jego obronie: publicysta „Gazety Wyborczej” Wojciech Czuchnowski zaproponował, że wpłaci za niego kaucję. To jest właśnie ta granica, której trzeba bronić, zanim się ją przekroczy, a nie opłakiwać ją po fakcie.
Co do faktów: komunikaty Sądu Rejonowego i Prokuratury Rejonowej w Piasecznie cytowały PAP, „Rzeczpospolita” i TVN24; stanowiska zajęły Rzecznik Praw Obywatelskich, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz Press Club Polska; miejsce Polski w tegorocznym rankingu wolności prasy podali Reporterzy bez Granic; o uwolnieniu Andrzeja Poczobuta z końca kwietnia 2026 roku donosiły media po obu stronach sporu. Ocena tej sprawy pozostaje moja.