Nie mam doktoratu z Ukrainy. Mam za to dziesięć lat przepracowanych w Afryce i na Bliskim Wschodzie – i to one, a nie żaden uniwersytecki wykład, nauczyły mnie patrzeć na politykę bez sentymentu. Kiedy przez ostatnie lata słuchałem naszych pięknych opowieści o polsko-ukraińskim braterstwie, szczerze nie wiedziałem, czy się złościć, czy śmiać. Bo cała ta serdeczność rozbijała się o twardą zasadę, którą tam, na Południu, poznałem do bólu. Brzmi ona tak: liczysz się dla kogoś tylko wtedy, gdy jesteś wartością, na której można zarobić, albo zagrożeniem, którego trzeba się bać. Jeśli nie jesteś ani jednym, ani drugim, nie jesteś nawet lekceważony – jesteś po prostu czymś pomijalnym w cudzej kalkulacji. I dziś, patrząc na to, jak Kijów traktuje Warszawę, mam coraz mocniejsze wrażenie, że właśnie w tej rubryce nas zapisano.
Rachunek zamiast sentymentu.
Powiem wprost: to nie jest oskarżenie Ukraińców, tylko diagnoza naszej własnej naiwności. W 2022 roku pomoc napadniętemu sąsiadowi była oczywista i nie ma o czym dyskutować. Ale już wcześniej, i przez całe lata, oddawaliśmy lojalność za darmo, w pakiecie z cichym założeniem, że po drugiej stronie czeka na nas wdzięczność. Otóż wdzięczność nie jest w tej grze żadną kategorią. Sięgam tu po starą i kontrowersyjną teorię Feliksa Konecznego o wielości cywilizacji – nie po to, by orzekać o narodach, bo to jej najsłabsza i najbardziej niebezpieczna strona, ale po to, by nazwać pewien typ porządku władzy: taki, w którym liczy się wyłącznie siła i interes, a wdzięczność czy lojalność to słowa z zupełnie innego słownika. Państwo, które wchodzi w relację z takim porządkiem, niosąc w dłoniach serce zamiast rachunku, samo prosi się o to, by je zlekceważono.
Trzy teorie jednego chłodu.
Zacznijmy od faktu, bo ten jest twardy. 26 maja tego roku prezydent Zełenski nadał jednej z elitarnych jednostek ukraińskich sił specjalnych honorową nazwę odwołującą się do Bohaterów UPA – tej samej formacji, którą polski Sejm uchwałą z 22 lipca 2016 roku uznał za winną ludobójstwa na ponad stu tysiącach Polaków. Pytanie nie brzmi, czy to bolało, bo bolało. Pytanie brzmi: po co Kijów to zrobił, wiedząc dokładnie, jak zareagujemy. Stawiam trzy teorie. Pierwsza: to była świadoma prowokacja wymierzona w nas, test naszej cierpliwości. Druga, smutniejsza: to nie była żadna prowokacja, tylko całkowite zlekceważenie – Zełenski tyle razy słyszał polskie „non possumus”, że po prostu przestał je rejestrować. I trzecia, najciekawsza, do której przyznaję się do inspiracji analizami Marka Budzisza – że to wcale nie był komunikat do nas.
Sygnał wysłany nad naszymi głowami.
Bo jeśli czytać ukraińskie ruchy tak, jak Budzisz każe czytać każdą politykę Wschodu – przez pryzmat kultury strategicznej, w której informacja i gra pozorów są bronią, a nie ozdobą – to cała awantura z Polską układa się w pakiet sygnałów adresowany do Moskwy. Ukraina mówi w nim mniej więcej tak. Sygnał pierwszy: „Patrz, Rosjo, jak daleko sięgamy”. I rzeczywiście sięga – 3 czerwca, w dniu otwarcia Forum Ekonomicznego w Petersburgu, ukraińskie drony po przelocie ponad tysiąca kilometrów uderzyły w petersburski terminal naftowy i w okręty floty bałtyckiej pod Kronsztadem, a 6 czerwca, w dniu zamknięcia forum, nad obwodem leningradzkim zestrzelono ich ponad sto czterdzieści. To twarda demonstracja: możemy was dosięgnąć nawet w trakcie waszej własnej gospodarczej gali. Sygnał drugi: „Patrz, jak łatwo umiemy poróżnić się z Polską i z całą Europą”. A skoro – ciągnie ten wywód Kijów – i tak przyjdzie nam oddać wam część Donbasu, a o resztę naszych metali ziem rzadkich już dopominają się Amerykanie i Europejczycy, bo umowę surowcową z Waszyngtonem podpisaliśmy już w kwietniu 2025 roku, to może dałoby się jakoś dogadać? Znamy się przecież dobrze. W tej grze Polska nie jest adresatem. Jest rekwizytem. I dodam uczciwie: moim zdaniem te zaloty do niczego nie doprowadzą, a wojna i tak rozpisana jest na lata, nie na miesiące. Ale sam fakt, że odgrywamy w niej rolę rekwizytu, powinien nas otrzeźwić.
Wojna, na której się zarabia.
I tu dochodzimy do rzeczy, o której w Polsce mówi się stanowczo za rzadko. Pytanie „dlaczego ta wojna trwa tak długo” ma także odpowiedź najbardziej przyziemną: bo na wojnie da się zarabiać. Nie chodzi o tani spisek, tylko o twardą ekonomię. Ukraina w trzy lata zbudowała z niczego przemysł, o jakim niejedno państwo Zachodu może tylko marzyć – w 2025 roku wyprodukowała miliony dronów, a od lutego tego roku otwiera w Europie sieć centrów eksportu swojej zbrojeniówki, przechodząc z roli biorcy pomocy do roli dostawcy technologii. To realny, policzalny atut. Ale jest i druga, ciemniejsza strona tego samego medalu, którą widzę przez moje afrykańskie okulary. Ukraiński wywiad wojskowy bywa już dziś graczem daleko poza Europą – latem 2024 roku jego rzecznik niemal wprost przyznał się do udziału w rozbiciu w Mali kolumny rosyjskich najemników Wagnera, po czym Bamako i Niamey w odwecie zerwały z Kijowem stosunki. Stawiam więc tezę, której nie sprzedam jako pewnik: Ukraina uczy się eksportować bezpieczeństwo – drony, instruktorów, całe operacje – w te „dziwne zakątki świata”, w których jeszcze niedawno rządził Wagner. A państwo, które potrafi sprzedawać bezpieczeństwo w Afryce, tym mniej będzie się czuło zobowiązane wdzięcznością wobec sąsiada, który przez lata dawał mu wszystko za nic.
Kakofonia ostatnich dni.
Na to wszystko nakłada się zgiełk ostatniego tygodnia, w którym łatwo pogubić proporcje. Dmytro Jarosz, dawny lider Prawego Sektora, a dziś dowódca Ukraińskiej Armii Ochotniczej, wrzucił na swój profil wpis wzywający Polaków, by „przyjęli, że na ukraińskiej ziemi byli okupantami – tak jak dziś Rosjanie”, i przypominający Ukraińcom „absolutne prawo niszczenia najeźdźców”. Wielu u nas odczytało to wprost jako roszczenie sobie prawa do mordowania Polaków – i trudno się tej reakcji dziwić. Ale zachowajmy miarę: to głos prywatnego radykała, nie ukraińskiego państwa, i wielkich zasięgów nie zrobił. Co go ani trochę nie usprawiedliwia, ale każe odróżnić hałas od polityki. A politykę widać gdzie indziej. Na początku czerwca przyjechała do Warszawy ukraińska delegacja z szefem wywiadu wojskowego Kyryłą Budanowem – i wyjechała w zasadzie z niczym. Ekshumacje wprawdzie po latach moratorium wreszcie ruszają, prace zaczynają się w Hucie Pieniackiej, są zgody na Ostrówki i Wolę Ostrowiecką – ale gest liczony w pojedynczych wsiach nie domknie rachunku, po którego drugiej stronie stoi sto tysięcy ofiar. Najlepiej ujęła to koszulka, którą gdzieś widziałem: „Ofiary nie chcą zemsty. Ofiary chcą pamięci”. I tyle. Aż tyle.
Przestać być rekwizytem.
Co więc z tym zrobić? Na pewno nie wystarczy się obrazić. Z rubryki „pomijalni” nie wychodzi się okazywaniem urazy – uraza jest właśnie potwierdzeniem, że ktoś nas nie docenił, a więc że wciąż gramy w cudzą grę i na cudzych zasadach. Wychodzi się z niej inaczej: stając się dla partnera albo niezbędnym, albo niewygodnym, a najlepiej jednym i drugim naraz. I mamy czym grać. Przez nasze terytorium płynie lwia część zachodniej pomocy; w Rzeszowie i w Gdańsku mamy węzły, bez których ta wojna wyglądałaby inaczej; na naszym rynku Ukraińcy lokują miliardy, które już u nas zostaną. To nie są prezenty do rozdawania w imię braterstwa. To są karty. Trzeba je wreszcie zacząć rozgrywać – na chłodno, bez sentymentu i bez złudzeń, dokładnie tak, jak rozgrywają swoje ci, którzy dziś zapisali nas w rubryce „nieistotni”. Dopiero wtedy przestaniemy być rekwizytem w cudzym spektaklu, a staniemy się stroną, z którą po prostu trzeba rozmawiać.
Twarde tło tego tekstu stanowią: uchwała Sejmu Rzeczypospolitej z 22 lipca 2016 roku uznająca rzeź wołyńską za ludobójstwo i ustalenia IPN co do liczby ofiar; doniesienia „Kyiv Independent”, „Rzeczpospolitej” i Notes from Poland z przełomu maja i czerwca 2026 roku o nadaniu ukraińskiej jednostce imienia Bohaterów UPA i o reakcji polskich władz; relacje „The Moscow Times”, NPR i „Kyiv Independent” o ukraińskich uderzeniach pod Petersburgiem i Kronsztadem 3 i 6 czerwca 2026 roku, w trakcie tamtejszego Forum Ekonomicznego; informacje o podpisanej 30 kwietnia 2025 roku amerykańsko-ukraińskiej umowie surowcowej i o europejskich staraniach o ukraiński tytan i lit; analiza Carnegie Endowment z listopada 2025 roku o operacjach ukraińskiego wywiadu w Afryce oraz doniesienia Al-Dżaziry o zerwaniu stosunków przez Mali i Niger; wreszcie relacje Euronews i „Rzeczpospolitej” o wizycie Kyryły Budanowa w Polsce i o wznowieniu prac ekshumacyjnych. Po teorię cywilizacji Feliksa Konecznego i analizy Marka Budzisza sięgam jako po ramy interpretacyjne, nie jako po dowód — a wszystkie oceny biorę na siebie.