Naród ma prawo do gniewu. Władza – nie. To jest rozróżnienie, o którym w ostatnich dniach zupełnie zapomnieliśmy, a od którego wszystko się zaczyna. My, obywatele, możemy i mamy prawo kierować się emocjami, stereotypami, odruchem serca. Po to jednak naród ma elity i ma państwo, żeby one – w przeciwieństwie do nas – nie kierowały się emocjami ani przez chwilę, tylko zimnym rachunkiem dobra tego narodu, któremu przewodzą. Dlatego dzisiejszą falę słusznej złości na Kijów chcę rozłożyć na dwie rzeczy, które nagminnie się myli: na to, co wolno czuć nam, i na to, co musi liczyć państwo.
Kapituła i gniew, czyli pierwszy raz mówimy „nie”.
Tło jest znane. Po tym, jak prezydent Zełenski nadał elitarnej jednostce ukraińskich sił specjalnych honorową nazwę odwołującą się do Bohaterów UPA – tej samej formacji, którą polski Sejm uchwałą z 22 lipca 2016 roku uznał za winną ludobójstwa na Polakach – w Polsce wezbrała autentyczna fala wściekłości. W poniedziałek 8 czerwca zebrała się kapituła Orderu Orła Białego i przedstawiła prezydentowi Nawrockiemu swoją opinię w sprawie odebrania odznaczenia Zełenskiemu. I tu od razu rzecz ważna, o której w gorączce się zapomina: kapituła nie ujawniła swojej opinii, a sam prezydent zapowiedział, że decyzję podejmie „w odpowiednim czasie”. Order formalnie wciąż jest. Nic jeszcze nie zostało rozstrzygnięte i każdy, kto pisze, że już go odebrano, wyprzedza fakty.
Warto przy tym pamiętać, jak wyjątkowy to moment. Przez ponad trzysta lat Order Orła Białego odebrano w całej historii tylko raz – Wincentemu Witosowi w 1932 roku, wyrokiem sądu. Polska niemal nigdy tego nie robi. A skoro w ogóle o tym dziś rozmawiamy, to znaczy, że po latach milczenia po raz pierwszy mówimy Kijowowi twarde „non possumus”. Może dla nich to nieważne, ale dla nas jest bardzo ważne i albo to wezmą pod uwagę, albo będziemy się gniewać – ze szkodą dla obu narodów.
Korweta pod Morskim Okiem, czyli lustro.
Mniej więcej w połowie maja pewien Ukrainiec wjechał sportowym Chevroletem Corvette pod samo Morskie Oko, łamiąc wszystko, co dla nas wokół Tatr święte. Przyznam szczerze: kiedy usłyszałem, że dostał nie tylko mandat, ale i zakaz wjazdu do strefy Schengen, poczułem satysfakcję. Dobrze mu tak, pomyślałem. A potem, na Twitterze, zderzyłem się z argumentem, który zmusił mnie do stanięcia przed lustrem. Brzmiał on tak: a gdyby pod Morskie Oko wjechał Polak, czym by się to skończyło? Skończyłoby się mandatem. Sam mandat za jazdę był zresztą skandalicznie niski, raptem sto złotych. Tym, co naprawdę uderzyło w tego człowieka, był pięcioletni zakaz wjazdu do Europy – i to nie dlatego, że zrobił coś gorszego niż Polak, tylko dlatego, że zrobił to akurat teraz, w takim, a nie innym momencie.
I to jest właśnie sedno. My, jako naród, mamy prawo do tej emocji. Ale państwo, które wymierza komuś pięcioletni zakaz wjazdu za wykroczenie warte stu złotych, bo akurat poniosły je nastroje, postępuje dokładnie tak, jak postępować nie powinno. Tym bardziej drażni mnie, gdy słyszę premiera Tuska zapowiadającego, że od teraz w relacjach z Kijowem nie będziemy się kierować empatią, tylko twardym biznesem. Uwaga – premier kierujący się do wczoraj empatią. To gdzie my właściwie jesteśmy? Państwo nigdy nie powinno kierować się empatią. Od empatii jest naród. Od zimnego rachunku jest rząd – i jeśli ten rachunek dopiero dziś odkrywamy, to znaczy, że przez lata nie był prowadzony wcale.
Ekshumacje, czyli miara naszej dawnej bierności.
Najlepiej widać to na sprawie, która powinna palić nas najbardziej – na pamięci o ofiarach Wołynia. Mówimy o około stu tysiącach pomordowanych Polaków. Sprawdziłem, ile przez wszystkie te lata zdołaliśmy zrobić, i odpowiedź jest porażająca. Ukraina w 2017 roku wprowadziła moratorium na polskie poszukiwania i ekshumacje. Zniesiono je dopiero pod koniec 2024 roku, a pierwsze od tego czasu prace ruszyły wiosną 2025 we wsi Puźniki. Jedna wieś. Po osiemdziesięciu latach od zbrodni godnie pochowaliśmy ofiary z ułamka jednego procenta miejsc kaźni. To nie jest wina samej wojny, choć sam powtarzałem, że to nie jest na to czas. To jest miara naszej własnej, wieloletniej bierności – tak długo godziliśmy się na wszystko, że przyzwyczailiśmy Kijów do tego, że z Polską można po prostu.
Dlatego gniew to za mało. Gniew nie jest polityką. Polityką jest usiąść z budżetem państwa w ręku, ustalić, ile ekshumacji rocznie nas zadowoli i czy nas na nie stać, a potem tego twardo żądać – nie prosić, żądać. Jesteśmy ważnym państwem i mamy prawo stawiać taki warunek. Reszta to emocje, a emocje, jak to emocje, jeżdżą na bardzo narowistym koniu.
Twardy biznes trzeba umieć prowadzić.
Bo „twardy biznes” to nie jest hasło z tweeta, to umiejętność, której my, jako państwo, dopiero musimy się nauczyć. Spójrzmy na korupcję, wokół której toczy się na Ukrainie gra wewnętrzna i międzynarodowa zarazem. Już w 2023 roku Amerykanie uwarunkowali dalszą pomoc wprowadzeniem profesjonalnie rozpisanego programu antykorupcyjnego i wzmocnieniem niezależnego biura NABU. To samo biuro pod koniec listopada 2025 roku weszło do gabinetu szefa kancelarii prezydenta, Andrija Jermaka – najbliższego współpracownika Zełenskiego – który tego samego dnia podał się do dymisji w największej wojennej aferze korupcyjnej. Wokół ukraińskiej odbudowy, wartej setki miliardów, krążą już dziś zachodni politycy, którzy po zakończeniu kadencji szykują się do roli pośredników i lobbystów. To jest cholernie trudna gra, do której polskie firmy i polskie służby są mentalnie kompletnie nieprzygotowane – i to trzeba sobie powiedzieć wprost, zanim zaczniemy w niej przegrywać.
A jednocześnie ta sama Ukraina inwestuje u nas miliardy dolarów – w nieruchomości, w fabryki, w rzeczy, które już u nas zostaną. Jesteśmy największym europejskim partnerem handlowym Kijowa. Możemy więc albo wiecznie się obrażać, albo wreszcie policzyć, w czym jesteśmy dla Ukrainy niezbędni, i w tych właśnie punktach twardo postawić własne warunki. W sprawach militarnych pomagamy jak dotąd, udostępniając przestrzeń i terytorium. W całej reszcie żądamy konkretu.
Najlepsza mniejszość, czyli druga strona rachunku.
I jest jeszcze jedna rzecz, o której w gniewie zapominamy, a którą zimny rachunek każe postawić na stole. Mieszka dziś w Polsce blisko milion ukraińskich uchodźców z aktywnym numerem PESEL, a wśród nich ponad trzysta tysięcy dzieci w wieku szkolnym, objętych od września 2024 roku obowiązkiem nauki. Przy całej naszej wściekłości to wciąż najlepsza mniejszość narodowa, jaką możemy sobie tu zbudować, i realna szansa na nadrobienie naszego największego problemu, czyli demografii. Jeśli te dzieci będą tu dobrze traktowane, zostaną, będą płacić podatki i zasilać system, z którego kiedyś i my, i nasze dzieci będą pobierać emerytury. O tym też trzeba pamiętać – tak samo, jak pamięta się o polskich bohaterach i polskich ofiarach Wołynia.
Gniew narodowi, rachunek państwu.
Bo na tym polega cała sztuka rządzenia – być twardym, a zarazem mądrym, gdy naród jest wściekły. Słuszny gniew to paliwo, ale nie mapa. Mapę musi trzymać państwo: liczyć, w czym jesteśmy Kijowowi niezbędni, żądać za to konkretu i pamiętać o swoich ofiarach tak samo skrupulatnie, jak o swoich interesach. Niech więc gniew zostanie tam, gdzie jego miejsce – w narodzie, który ma do niego pełne prawo. A władza niech wreszcie zacznie robić to, do czego ją powołano. Na chłodno i w naszym imieniu.
Sięgam tu po uchwałę Sejmu Rzeczypospolitej z 22 lipca 2016 roku uznającą rzeź wołyńską za ludobójstwo, po ustalenia Instytutu Pamięci Narodowej co do liczby ofiar, po doniesienia PAP, TVN24 i „Rzeczpospolitej” z czerwca 2026 roku o obradach kapituły Orderu Orła Białego i o słowach premiera, po dane UNHCR o liczbie ukraińskich uchodźców w Polsce, po relacje „Kyiv Independent”, Euronews i agencji prasowych o działaniach biura NABU i o dymisji szefa kancelarii prezydenta Ukrainy z końca listopada 2025 roku, a także po informacje o zniesieniu moratorium ekshumacyjnego i o pracach w Puźnikach w 2025 roku. Sądy polityczne biorę na siebie.