Donald Trump podsumował to z rozbrajającą szczerością. Żydzi z Persami biją się – jak mówił – albo od czterdziestu siedmiu lat, albo od trzech tysięcy, jak kto woli liczyć. I dodał rzecz najważniejszą: jeśli domknie swoją umowę z Iranem, Netanjahu nie będzie miał wyjścia i będzie musiał przestać strzelać. Cała sytuacja jest trochę śmieszna, a trochę straszna, bo za tym wszystkim stoi ludzka tragedia. Spróbujmy więc rozłożyć ją spokojnie, bo dzieje się w czworokącie, a właściwie pięciokącie, który trzeba najpierw narysować.
Pięciokąt, czyli kto z kim i o co.
Po jednej stronie mamy Izrael, po drugiej Iran, między nimi Liban, nad wszystkim Stany Zjednoczone, a obok Libanu trzeba postawić osobno Hezbollah – proirańską milicję, która jest największą siłą zbrojną funkcjonującą w tym kraju. Izrael naparza w Hezbollah, ile wlezie, starając się go maksymalnie osłabić, bo nie zlikwidować. Bo zlikwidować Hezbollahu się po prostu nie da. Próbowano już wielokrotnie, przez całe dekady, i nigdy się to nie udało. Można rozbić jego dowództwo, można wybić jedną, drugą, piątą kolumnę, ale samego Hezbollahu wyrwać się nie da, bo jest wrośnięty w tkankę społeczną libańskich szyitów w sposób całkowicie naturalny.
Hezbollahu nie da się zabić, czyli dlaczego.
Podam przykład, który tłumaczy wszystko. Jest sobie biedny szyita, który marzy, żeby wreszcie się ożenić i założyć rodzinę. Jest i szyitka, i nawet rodziny się zgadzają, tylko pieniędzy nie ma. Idą więc do Hezbollahu, a Hezbollah mówi: pobłogosławimy wasz związek i wybudujemy wam dom, pod dwoma warunkami. Po pierwsze, nigdy nie wejdziecie do własnej piwnicy, do której będzie prowadzić jeszcze osobne wejście. Po drugie, jak urodzą wam się synowie, oddacie ich do naszego ośrodka, a my się nimi już zajmiemy. Nikt nie każe im iść w kamasze – po kilku latach sami zechcą. A obok Hezbollah postawi ośrodek zdrowia, weźmie pod opiekę dwa najbliższe rogi ulicy i tak dalej. Na tym właśnie polega wrośnięcie w naród. Tego się nie zbombarduje.
Liban próbuje zmienić reguły.
I tu zaczyna się rzecz nowa. Premier Libanu Nawaf Salam ma już dość sytuacji, w której formalnie rządzi państwem, a faktycznie jego szyicką częścią rządzi Hezbollah. Wpadł więc na pomysł, by rewolucyjnie zmienić cały system bezpieczeństwa kraju: rozbroić Hezbollah, odebrać mu monopol na przemoc i kupić bezpieczeństwo gdzie indziej – zawiązując sojusz z Ameryką. Na początku marca 2026 roku Salam zakazał wszelkiej zbrojnej działalności Hezbollahu, a przyjęty wcześniej plan stopniowego rozbrojenia wszedł w pierwszą fazę. Waszyngton dorzucił do tego dwieście milionów dolarów dla libańskiej armii i swojego wysłannika, który naciska Bejrut, by się rozbroił, póki jest na to czas. Pięknie by to wyglądało, gdyby nie jeden fakt: Hezbollah jest zbrojnym ramieniem Iranu, a Iran nie pozwoli sobie tego ramienia tak po prostu odrąbać.
Eskalacja w dwadzieścia cztery godziny.
I dlatego Izrael postanowił premierowi Libanu trochę pomóc, naparzając w Hezbollah coraz mocniej. W niedzielę uderzył w południowe przedmieścia Bejrutu. Iran, widząc, że jego ludzie obrywają już ponad miarę, postanowił pociągnąć lejcami i z nocy na poniedziałek wysłał w stronę Izraela kilkadziesiąt rakiet balistycznych – pierwszy taki bezpośredni atak od wiosennego rozejmu. Izrael, mimo wyraźnej prośby Trumpa, oddał, i to dwoma falami w głąb Iranu, uderzając w obronę przeciwlotniczą i w zakład petrochemiczny. Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że ta wymiana ciosów, choć potężna w wymowie, przeszła niemal bez ofiar – większość rakiet przechwycono albo spadły na otwartym terenie. Pod wieczór obie strony się wycofały: Iran ogłosił zakończenie operacji, a Netanjahu, że na razie wstrzymuje uderzenia. I tu wraca Trump z postawą, która naprawdę mi się podoba. Mówi otwarcie dziennikarzom: jesteśmy o krok od umowy z Iranem, nie chcę, żeby teraz wszystko wybuchło, i to ja rozdaję karty, nie Netanjahu. Trzymam go za słowo.
Prawdę powie cena ropy.
A teraz najważniejsze, bo to jest mój zawód: jak to wszystko czytać, nie dając się ponieść panice. Otóż po wczorajszym ataku ropa skoczyła w okolice 97–98 dolarów, by jeszcze tego samego dnia cofnąć się do mniej więcej dziewięćdziesięciu trzech. To nie jest dużo. Dla porównania, w trakcie wiosennej fazy tej wojny, gdy realnie ważył się los cieśniny Ormuz, przez którą przepływa około jednej piątej światowej ropy i mniej więcej tyle samo gazu skroplonego, baryłka Brent sięgała stu dwudziestu sześciu dolarów. Do tych szczytów dziś nawet się nie zbliżyliśmy. Co więcej, odkąd ruszyły poważne rozmowy z Iranem, ropa spadła – sam maj był najgorszym miesiącem dla cen ropy od lat. Rynek, mówiąc wprost, nie wierzy w długą wojnę.
I tu drobna lekcja, żeby nie panikować na widok każdego skoku notowań. Wysoka cena ropy wcale nie musi oznaczać wysokich cen na stacjach. Historyczny rekord, około stu czterdziestu siedmiu dolarów za baryłkę, padł w lipcu 2008 roku, a mimo to ceny paliw bywały wtedy niższe niż dziś – bo inny był kurs dolara, a przede wszystkim inne były marże rafineryjne. Dziś rafineria zarabia rzędu kilkunastu czy dwudziestu dolarów na baryłce, kiedyś w chudych latach kilka. Przez ostatnie kilkanaście lat w Europie zamknięto przy tym kilkadziesiąt rafinerii, co tę marżę dodatkowo wywindowało. Dlatego nie patrzmy na samą cenę ropy dzisiaj, tylko na to, ile rynek każe za nią płacić w grudniowych kontraktach. To jest najuczciwszy barometr tego, co o krótkotrwałości tej wojny naprawdę sądzą pieniądze.
Barometr nie kłamie.
Bo pieniądze nie mają emocji. Polityk wyjdzie do kamery i powie, co mu wygodnie, generał pokaże mapę, a gazety sprzedadzą strach – ale notowanie grudniowej baryłki nie kłamie i nie ulega panice. Jeśli ktoś chce naprawdę wiedzieć, czy ten pięciokąt rozpadnie się w wielką wojnę, czy znów zejdzie do partyjnych przepychanek lokalnych mocarstw, niech mniej słucha komentatorów, a częściej zerka na krzywą cen ropy. Ona już dziś, bez cienia emocji, wycenia to, co nas dopiero czeka.
Materiał faktograficzny czerpię z doniesień agencji Reutera i AP oraz Al-Dżaziry i „Times of Israel” z 7 i 8 czerwca 2026 roku o izraelskim uderzeniu na Bejrut, irańskim ostrzale rakietowym i izraelskiej odpowiedzi, z danych Trading Economics i CNBC o notowaniach ropy Brent z przełomu maja i czerwca 2026 roku, z materiałów amerykańskiej agencji EIA o znaczeniu cieśniny Ormuz, z relacji o planie rozbrojenia Hezbollahu i stanowisku premiera Nawafa Salama oraz z danych historycznych o szczycie cen ropy z lipca 2008 roku. Wnioski są wyłącznie moje.