Od wczoraj pakt migracyjny obowiązuje już w całej Unii, a kontynent przywitał tę datę w dwóch pozach naraz — płonącym Belfastem i maszerującym przeciw paktowi Dublinem. Jedni krzyczą, że oto powstaje Europa, w której przestaniemy rozpoznawać własne miasta. Drudzy, że nic się nie dzieje, a histeryzują wyłącznie rasiści. I jedni, i drudzy spierają się o liczby. Tyle że problem Europy nie zaczyna się przy liczbie ludzi, których wpuściła — zaczyna się przy pytaniu, którego od dekad uparcie nie zadaje. Kogo właściwie wpuściła.

Najpierw liczby, których obie strony nie chcą usłyszeć.

Zacznijmy od rzeczy najmniej wygodnej dla tych, którzy krzyczą najgłośniej. Migracja do Unii nie rośnie — ona spada. Wniosków o azyl złożono w zeszłym roku niespełna 670 tysięcy, o ponad jedną czwartą mniej niż rok wcześniej, a nielegalnych przekroczeń granicy Frontex naliczył najmniej od 2021 roku. A demografia? Ośrodek Pew Research, na który tak chętnie powołują się prorocy „końca Europy”, szacuje, że muzułmanie stanowią dziś około pięciu procent ludności kontynentu i w najczarniejszym scenariuszu dojdą do czternastu w roku 2050 — w żadnym kraju nie przekraczając jednej trzeciej. Nie ma w tych danych żadnego kalifatu. I właśnie dlatego kłótnia o liczby jest ślepą uliczką, bo skoro problemem nie są liczby, to znaczy, że przez całe lata patrzyliśmy nie w tę stronę.

Z którego Sudanu, pytam.

Wróćmy do Belfastu. Iskrą był nożownik — według policji obywatel Sudanu ubiegający się o azyl, oskarżony o usiłowanie zabójstwa niepełnosprawnego mężczyzny. I tu pada moje pierwsze pytanie, które w Europie nie pada nigdy. Z którego Sudanu? Bo Sudan to od 2011 roku dwa osobne państwa. Północ — arabska, w blisko stu procentach muzułmańska. Południe — czarna Afryka, w większości chrześcijańska i animistyczna, plemienna do szpiku kości. To są dwie różne planety, a nie dwie strony tej samej granicy. Samo Darfur, skąd ciągnie się jedna z największych tragedii naszych czasów, znaczy po arabsku „kraina ludu Fur” — ludu czarnego i jednocześnie muzułmańskiego, mordowanego przez arabskie milicje we wspólnej z oprawcami religii. Kto tego nie wie, nie zrozumie ani jednego z tych ludzi. To samo dotyczy Syrii. Inaczej myśli alawita, inaczej sunnita, inaczej bojownik szyickiej milicji, a jeszcze inaczej Kurd — a wiosną zeszłego roku na syryjskim wybrzeżu uzbrojeni ludzie pytali w drzwiach „alawita czy sunnita?”, zanim nacisnęli spust. Dla europejskiego urzędnika to wszystko jest po prostu „Syryjczyk”. Nikt tutaj pracy domowej nie odrobił.

Granica, która dla nich nigdy nie była święta.

Jest jeszcze rzecz głębsza, której Europa nie chce przyjąć do wiadomości. Wielu z tych ludzi przychodzi ze świata, w którym państwo i granica znaczą coś zupełnie innego niż u nas. Tam pierwszy jest klan, rodzina, religia, a granica bywa linią narysowaną pod linijkę na pustyni — przez europejskich kartografów, w Berlinie, w 1885 roku. Lud Tuaregów żyje dziś rozcięty między pięć państw, Fulanie między kilkanaście. W zeszłym roku Mali, Niger i Burkina Faso po prostu wyszły ze wspólnoty gospodarczej ECOWAS, bo tamte granice nigdy nie były dla nich święte. Sam przez lata jeździłem po tamtych szlakach i wiem, jak płynne potrafią być te rubieże — to nie jest kwestia przepisów, to kwestia tego, że w wielu miejscach państwa po prostu nie ma. Dla nas granica jest świętością; dla nich bywa umową. Nie jest to zarzut wobec kogokolwiek — to jest wiedza, którą trzeba mieć, zanim się przyjmie człowieka stamtąd. Europa tej wiedzy mieć nie chciała.

Najpierw robiliście z nas rasistów.

I teraz rzecz, o którą mam największy żal. Przez całe lata, kiedy ktokolwiek mówił o tym wszystkim głośno, słyszał jedno słowo. Rasista. Nie odpowiedź, nie rozmowę — wyzwisko. Powiem wprost: europejskie i narodowe elity całymi dekadami pracowały na ten wybuch niezadowolenia, który dziś oglądamy na ulicach. Taka jest moja opinia i nie cofnę jej. Bo państwo przestało w międzyczasie wykonywać swoją pierwszą robotę — przestało dawać obywatelowi bezpieczeństwo. A kiedy państwo nie robi swojego, ludzie biorą sprawy w swoje ręce. To metoda gorsza, ale to nie oni ją wybrali. Najlepiej widać to w historii, na którą do dziś się we mnie gotuje. W Southampton zadźgano nożem osiemnastoletniego chłopaka polskiego pochodzenia, Henry'ego Nowaka. Policjanci, zamiast ratować zakrwawionego, najpierw skuli go kajdankami, a on usłyszał, że chyba sobie te rany wymyślił. Brytyjska policja później przeprosiła, sprawę bada komisja nadzoru. A morderca próbował zrobić ze swojej ofiary rasistę — sąd ten zarzut oddalił. Oto odruch tego państwa w pigułce: najpierw sięga po szablon „rasizmu”, a dopiero potem po rozum. I boję się, że to nie jest sprawa dwóch złych policjantów. Boję się, że to standard.

To nie brak korzeni. To brak nadziei.

Słyszy się często tezę, że trzecie pokolenie imigrantów się radykalizuje, bo traci korzenie. Nie zgadzam się. Ono nie traci korzeni — ono traci nadzieję. To pokolenie patrzy na życie dziadków i rodziców i już wie, że dla niego przewidziano dokładnie to samo miejsce. Najniższe. I tu Europa kłamie najmocniej, bo wmawia sobie, że jest otwarta i równa, a pod całą tą elokwencją trzyma całe społeczności pod butem. To nie jest mój domysł — to są twarde badania. Wystarczy wysłać do pracodawców dwa identyczne życiorysy, jeden podpisany nazwiskiem europejskim, drugi arabskim, by zobaczyć, że ten drugi dostaje o połowę mniej zaproszeń na rozmowę. Unijna Agencja Praw Podstawowych podała, że niemal połowa europejskich muzułmanów doświadczyła w ostatnich latach dyskryminacji — i że odsetek ten rośnie, a nie maleje. Im ktoś lepiej wykształcony, tym mocniej czuje tę szklaną ścianę. Nazwijmy więc rzecz po imieniu. To jest ukryta kastowość. A z odebranej nadziei rodzi się gniew — i dopiero w ten gotowy gniew, jak w suchy chrust, wchodzi radykalna ideologia. Nie odwrotnie.

Nawet Emiraty się tego boją.

Na koniec obrazek, który powinien zapalić w Europie wszystkie lampki ostrzegawcze. Zjednoczone Emiraty Arabskie — kraj arabski i muzułmański — według doniesień „Timesa” i „Financial Timesa” wykreśliły wszystkie brytyjskie uczelnie ze swojej listy stypendialnej, ponieważ obawiają się, że ich własna młodzież nasiąknie na tamtejszych kampusach radykalizmem. Niech to wybrzmi. Bogata monarchia znad Zatoki Perskiej boi się islamu, który wyrósł w Europie, bardziej niż sama Europa. Pamiętam, jak ćwierć wieku temu słyszałem od arabskich duchownych, że radykalny islam naprawdę urośnie w siłę nie u nich, lecz właśnie na Zachodzie. Brałem to wtedy za przesadę. Dziś już nie biorę. Bo to nie islam przypłynął podbić Europę — to Europa własnymi rękami wyhodowała sobie problem, którego dziś nie potrafi nawet nazwać.

Zanim powtórzymy ten sam błąd.

Nie piszę tego po to, żeby zamykać granice. Piszę, żeby ktoś wreszcie odrobił lekcję, której Zachód nie odrobił przez pół wieku. Integracja nie jest aktem jednostronnym. Gość ma obowiązek poznać dom, do którego przyszedł — język, historię, reguły; ale gospodarz ma obowiązek tych reguł realnie żądać, a nie udawać, że ich nie ma. Tak robi każde poważne państwo: chcesz obywatelstwo, zdaj egzamin z jego konstytucji i jego dziejów. My, Polacy, mamy w tej sprawie jedną przewagę, której nie wolno nam roztrwonić — mniej w nas tej zachodniej pychy, a więcej zwyczajnej, radosnej ciekawości drugiego człowieka. Tyle że ta przewaga znika w sekundzie, w której zaczynamy kopiować zachodni model: najpierw przyjąć kogokolwiek i jakkolwiek, potem nie wiedzieć, kim jest, a na końcu nazwać rasistą każdego, kto pyta. Pakt migracyjny właśnie wszedł w życie. Pytanie nie brzmi, ilu ludzi do nas trafi. Pytanie brzmi, czy tym razem będziemy wiedzieć, kogo wpuszczamy — i czy damy im powód, by chcieli być u siebie. Bo do tej pory Europa nie przegrywała z islamem. Przegrywała sama ze sobą.

Żeby nie było gołosłownie — oto fundament faktów. Datę wejścia paktu migracyjnego w życie (12 czerwca 2026) i jego mechanizm podała Komisja Europejska; spadek liczby wniosków azylowych potwierdza Eurostat, a najniższą od 2021 roku liczbę nielegalnych przekroczeń granicy — Frontex (dane za 2025 rok); prognozy demograficzne pochodzą z badania Pew Research z 2017 roku. Przebieg zamieszek w Belfaście i marszu w Dublinie relacjonowały Reuters, RTÉ, „Irish Times” i Al-Dżazira (czerwiec 2026); sprawę Henry'ego Nowaka opisały m.in. AP i NPR, a postępowanie prowadzi brytyjska komisja nadzoru policji IOPC; o wycofaniu emirackich stypendiów z brytyjskich uczelni pisały „The Times” i „Financial Times” (styczeń 2026). Po wiedzę o dwóch Sudanach, Darfurze i syryjskiej mozaice sięgam do Britanniki, UN News i raportów Human Rights Watch, a po dane o dyskryminacji i radykalizacji — do metaanaliz w „Sociological Science” oraz raportu Agencji Praw Podstawowych UE. Za wszystkie wnioski odpowiadam wyłącznie sam.