Kończy się era łatwego arabskiego pieniądza i dopiero co taniejącej ropy, a Zatoka Perska już to wie i przestawia się na zupełnie nową grę. W Polsce mówi się o tym stanowczo za rzadko, choć przesądzi to o naszej energetyce i o naszym miejscu w świecie na długie lata. Tymczasem my wciąż śpimy, a Afryka – powtarzam to na naszym kanale już trzeci raz – czekać na nas nie będzie.
Ropa droga dziś, tania jutro.
Zacznijmy od ceny, bo ona myli. Dzisiaj baryłka ropy Brent kosztuje około dziewięćdziesięciu sześciu dolarów, ale ta cena jest sztucznie wywindowana, bo od końca lutego Iran w praktyce zablokował cieśninę Ormuz, a przez nią płynie jakaś piąta część światowej ropy. To premia za strach, nie za fundamenty. A fundamenty mówią coś dokładnie odwrotnego. Amerykańska agencja EIA prognozuje, że już w przyszłym roku średnia cena spadnie w okolice osiemdziesięciu dolarów i dalej będzie się osuwać w stronę siedemdziesięciu, w miarę jak rynek się uspokoi. Bo popyt na ropę wyhamowuje – Międzynarodowa Agencja Energetyczna spodziewa się, że około 2030 roku wejdzie on na płaskowyż, a same samochody elektryczne wypchną z rynku ponad pięć milionów baryłek dziennie. Mówiąc wprost – dzisiejsza wysoka cena to ostatnie podrygi rynku, a nie trwały trend.
Emiraty wychodzą z OPEC, czyli pęka kartel.
I tu dochodzimy do rzeczy, którą wielu w Polsce przegapiło. Z początkiem maja tego roku Zjednoczone Emiraty Arabskie formalnie wyszły z OPEC. To nie jest drobiazg, to jest pęknięcie w samym sercu naftowego kartelu. Powód jest czysto arytmetyczny. Emiraty zbudowały moce wydobywcze rzędu prawie pięciu milionów baryłek dziennie, a kartelowy limit trzymał je na poziomie trzech i pół miliona – czyli blisko jedna trzecia ich potencjału stała bezczynnie. Do tego progi opłacalności budżetów w Zatoce są dziś diametralnie różne. Arabia Saudyjska, żeby spiąć swój budżet, potrzebuje ropy grubo powyżej dziewięćdziesięciu dolarów, a Emiraty czy Katar domykają go już przy pięćdziesięciu, sześćdziesięciu. I właśnie ta przepaść jest motywem rozłamu – Rijad bronił cięć i wysokiej ceny, a Abu Zabi chce po prostu pompować maksymalnie dużo. Kraj, który gra na zniżkę i wychodzi z kartelu, żeby wydobywać bez limitu, to dla cen ropy sygnał jednoznaczny.
Koniec łatwego arabskiego pieniądza.
Arabowie nie są naiwni i pierwsi widzą, dokąd to zmierza. Dlatego zmienia się cała filozofia ich największych funduszy. Sumując majątek państwowych funduszy Zatoki, mówimy o kwocie rzędu pięciu i pół biliona dolarów – to około czterdziestu procent wszystkich funduszy majątkowych świata. Saudyjski PIF, abudabijska ADIA, kuwejcki KIA, katarski QIA – każdy z nich to setki miliardów, a dwa pierwsze przekroczyły już bilion dolarów. Kiedyś był to łatwy arabski pieniądz – wystarczyło pokazać świecidełko i powiedzieć, że jest warte miliony, a szejk kupował. Te czasy się kończą. Dziś arabskie fundusze patrzą na stopę zwrotu i żądają miejscowego udziału, tak zwanego local content – produkcji, technologii i miejsc pracy u siebie, a nie pasywnych udziałów w cudzych trofeach. Saudyjski PIF lokuje już cztery piąte majątku w kraju i wymaga od partnerów przenoszenia produkcji do Królestwa. To jest pieniądz, który stał się wymagający.
Technologia, która zjada ropę.
Trzecia siła to technologia, i tu akurat dzieje się najwięcej. Ropa jest coraz śmielej zastępowana w nowych zastosowaniach, zwłaszcza w energetyce. Mówimy o wodorze – tym niskoemisyjnym, dziś jeszcze najczęściej „błękitnym”, ale coraz częściej „zielonym” – i o amoniaku wytwarzanym z tego wodoru, który okazał się wygodnym sposobem na jego transport statkami. Japonia już współspala amoniak w swoich elektrowniach węglowych i celuje w trzy miliony ton rocznie do 2030 roku. A z tego samego gazu, zamiast palić go czy przerabiać na paliwo, można wydzielić etylen i propylen, czyli budulec wszystkich plastików. Innymi słowy – świat uczy się robić z węglowodorów wszystko poza spalaniem ich w baku, a każda taka technologia odbiera ropie kolejny kawałek rynku.
Afryka nie będzie czekać.
I dochodzę do sprawy, którą powtarzam uparcie. Afryka nie będzie czekać na moment, w którym Polska czy Europa wreszcie się obudzą. Najlepszym przykładem jest Mozambik. Na tamtejszych złożach gazu siedzą najwięksi gracze świata – francuski TotalEnergies, amerykański ExxonMobil i włoskie Eni. TotalEnergies w listopadzie zeszłego roku zdjął ze swojego wielkiego projektu w prowincji Cabo Delgado stan siły wyższej i w styczniu wznowił budowę, a pierwszy gaz ma popłynąć około 2029 roku. Po zsumowaniu wszystkich projektów Mozambik ma szansę stać się jednym z liczących się eksporterów skroplonego gazu na świecie i największym w Afryce już na początku przyszłej dekady. Do tego dochodzi afrykański wyścig o zielony wodór – od Egiptu, przez Maroko i Mauretanię, po Namibię i RPA. Nie wszystko tam wychodzi, część projektów potyka się o brak odbiorców, ale kierunek jest jeden. Afryka zbroi się w energię przyszłości, a my wciąż dyskutujemy, czy w ogóle warto.
Zdążyć na pociąg
Cała ta układanka składa się w jeden obraz. Tania ropa, która właśnie nadciąga, to nie prezent – to ostrzeżenie, że epoka łatwego paliwa i łatwego paliwowego pieniądza dobiega końca. Najmądrzejsi gracze, ci z Zatoki, już się przestawili – z trofeów na zwrot z kapitału, z limitów na maksymalne wydobycie, z samej ropy na wodór, gaz i technologię. Pytanie nie brzmi, czy świat się zmieni, bo on zmienia się na naszych oczach. Pytanie brzmi, czy zdążymy do tego pociągu wsiąść, czy będziemy patrzeć, jak odjeżdża z arabskim kapitałem i afrykańskim gazem na pokładzie. Bo powtórzę raz jeszcze, najspokojniej jak potrafię – Afryka czekać nie będzie.
W tekście opieram się na prognozach cen ropy amerykańskiej agencji EIA i na analizach popytu Międzynarodowej Agencji Energetycznej, na okolicznościach wyjścia Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC z maja tego roku i na danych o progach opłacalności budżetów państw Zatoki Perskiej, na szacunkach wartości państwowych funduszy majątkowych Zatoki publikowanych przez Global SWF, na strategii saudyjskiego funduszu PIF, na japońskich programach współspalania amoniaku oraz na statusie projektów gazowych w Mozambiku prowadzonych przez TotalEnergies, ExxonMobil i Eni.