Jest w przyzwoitym państwie granica, której przekraczać nie wolno: aparat wymiaru sprawiedliwości – sądy, policja, prokuratura, uchylanie immunitetów – nigdy nie może stać się narzędziem politycznej rozgrywki. To nie jest kolejna partyjna gierka, to fundament, na którym stoi państwo. I powiem od razu rzecz, na której zależy mi najbardziej. Ta granica jest nieprzekraczalna obojętnie, która strona akurat zamyka, a która jest zamykana.

Sprawa Patryka Jakiego, czyli dzień, w którym zapłonął internet.

Na początku czerwca minister sprawiedliwości i zarazem prokurator generalny Waldemar Żurek skierował do Parlamentu Europejskiego wniosek o zgodę na pociągnięcie europosła Patryka Jakiego do odpowiedzialności karnej, na jego zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. Prokuratura twierdzi, że jako wiceminister nadzorujący więziennictwo miał on przekroczyć uprawnienia i bezprawnie wpłynąć na karierę jednego z funkcjonariuszy Służby Więziennej. Podkreślam to wyraźnie, bo zbyt często się o tym zapomina. Na razie mamy wniosek i podejrzenie, a nie wyrok, a europosła, jak każdego z nas, obowiązuje domniemanie niewinności.

I nie zamierzam bronić czynu, który mu się zarzuca. Jeśli ktokolwiek, z dowolnej opcji, łamał prawo dla kolegi, powinien stanąć przed niezawisłym sądem i usłyszeć wyrok. Mnie niepokoi co innego, mianowicie maniera, tempo i polityczna oprawa, w jakiej takie sprawy są dziś prowadzone. Bo zbyt łatwo z wymiaru sprawiedliwości robi się scenę przedwyborczego teatru.

Obojętnie, która strona zamyka.

Mówię to z czystym sumieniem, bo swoją wiarygodność w tej akurat sprawie zbudowałem za czasów, gdy za poprzedniej władzy w areszcie przez blisko dziewięć miesięcy przetrzymywano Włodzimierza Karpińskiego, polityka Platformy. Byłem wtedy jednym z nielicznych po prawej stronie, którzy głośno protestowali. Nie w obronie jego ewentualnych win, bo te miał rozstrzygnąć niezawisły sąd, lecz przeciwko samej metodzie. Bo trzymanie człowieka miesiącami w celi, zanim w ogóle zapadnie jakikolwiek wyrok, to nie jest wymierzanie sprawiedliwości. To jest wywieranie nacisku.

I to trzeba nazywać rzecz po imieniu. Areszt wydobywczy to pojęcie, którego próżno szukać w kodeksie, a które opisuje realną patologię, czyli przedłużające się tymczasowe aresztowanie stosowane nie dlatego, że wymaga tego sprawa, lecz po to, by złamać człowieka i wymusić zeznania. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie potępiał Polskę za przewlekłość takich aresztów, a liczby są bezlitosne. Liczba osób przetrzymywanych ponad dwa lata już na etapie śledztwa wzrosła z dwóch przypadków w 2014 roku do kilkudziesięciu w ostatnich latach, a polskie sądy przychylają się mniej więcej do dziewięciu na dziesięć prokuratorskich wniosków o areszt. To nie jest problem jednej partii. To jest choroba systemu, którą każda kolejna władza chętnie wykorzystuje, gdy tylko dostaje do ręki klucze.

Powiem mocne słowa, bo tak właśnie to czuję.

Mam wrażenie, że w obszarze wymiaru sprawiedliwości Polska w wielu elementach zaczyna przypominać Rosję. Zaznaczam to od razu, mówię to jako celowo niewygodne ostrzeżenie, a nie dosłowne porównanie, bo różnica jest fundamentalna i nie wolno jej zacierać. Polska to państwo Unii Europejskiej i Rady Europy, podlegające wyrokom trybunałów w Strasburgu i Luksemburgu. To ten Trybunał w Strasburgu, który jeszcze w maju interweniował w naszym sporze o Trybunał Konstytucyjny. To kraj z wolnymi wyborami, które naprawdę zmieniają władzę, i z wolną prasą, która o tym wszystkim niestety zbyt głośno nie pisze. Rosja nie podlega takim uwarunkowaniom. Niepokoi mnie jednak kierunek i pokusa. Prokuratura wciąż zrośnięta z politycznym ministrem, tymczasowy areszt nadużywany ponad miarę, Trybunał Konstytucyjny najpierw zawłaszczony, a dziś otwarcie lekceważony, gdy rząd odmawia ogłoszenia kilkudziesięciu jego orzeczeń. Pod poprzednią władzą i pod obecną tak samo. Nazywam tę trajektorię po imieniu.

Nie łup zwycięzcy

Bo najbardziej przeraża mnie nie ta czy inna sprawa, lecz to, gdzie jako wspólnota doszliśmy. Wróciłem ostatnio do głośnego raportu socjologów Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego o politycznym cynizmie Polaków, a jego diagnoza odbiera spokój. Rozpadliśmy się na dwie nieprzenikalne bańki, które przestały dostrzegać wspólną rzeczywistość i patrzą na siebie wyłącznie z pogardą. W takim klimacie areszt dla przeciwnika przestaje być skandalem, a zaczyna być trofeum. I właśnie wtedy zapalają mi się wszystkie czerwone lampki, bo naprawdę nie znoszę gry politycznej, w której cierpią zwykli ludzie.

Wszystko sprowadza się ostatecznie do jednego pytania. Czy potrafimy jeszcze obronić zasadę, że wymiar sprawiedliwości nie jest łupem zwycięzcy. Bo jeśli nie potrafimy, to każde kolejne wybory będą tylko zmianą tego, kto siedzi w celi, a nie tego, jak rządzone jest państwo. Dlatego mój apel jest prosty i wcale nie naiwny. Nie podgrzewajmy kolejnych zderzeń, tylko nakłuwajmy te bańki. Sam co tydzień siadam do rozmowy z ludźmi, z którymi dzielą mnie lata sporów i poważne różnice poglądów, i za każdym razem okazuje się, że można rozmawiać, można się szanować, ba, można się nawet lubić. To nie jest słabość. To jedyny znany mi sposób, żeby z dwóch wrogich plemion zrobić jeden naród, i żeby areszt wrócił tam, gdzie jest jego miejsce, czyli pod kontrolę niezawisłego sądu, a nie pod dyktando bieżącej polityki.

W tym tekście opieram się na wniosku prokuratora generalnego do Parlamentu Europejskiego z początku czerwca tego roku w sprawie immunitetu europosła Patryka Jakiego, na orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczącym przewlekłości tymczasowego aresztowania w Polsce oraz na raportach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, na publicznie dostępnych danych o stosowaniu tymczasowego aresztu, na sprawie Włodzimierza Karpińskiego, na raporcie Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego „Polityczny cynizm Polaków”, a także na bieżących doniesieniach o sporze wokół Trybunału Konstytucyjnego i o postępowaniach wobec polityków poprzedniego obozu władzy. Wszystkie wymienione z nazwiska osoby objęte są domniemaniem niewinności.