Order Orła Białego wrócił do Warszawy pocztą, w paczce, ze zdjęciami zrobionymi na poczcie. Prezydent Ukrainy odesłał najwyższe polskie odznaczenie tak, jak zwraca się kurierowi wadliwy towar. I trudno o lepszy obrazek tego, w jakim miejscu są dziś relacje polsko-ukraińskie. Tyle że ja tej scenie nie ufam. Bo im głośniejsza robi się awantura o symbole, tym mocniej podejrzewam, że ma ona zasłonić coś znacznie bardziej prozaicznego: spór o samoloty (lub coś innego), pieniądze i technologię.

Najpierw fakty, bo narosło wokół nich sporo emocji.

Zacznijmy od chronologii, bo łatwo się w niej pogubić. 26 maja prezydent Zełenski nadał jednej z jednostek ukraińskich sił specjalnych honorową nazwę odwołującą się do Bohaterów UPA, tej samej formacji, którą polski Sejm uchwałą z 2016 roku uznał za winną ludobójstwa około stu tysięcy Polaków. Polska reakcja eskalowała. 19 czerwca prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego; dzień później ukraiński przywódca odesłał odznaczenie pocztą, kwitując złośliwie, że ten sam order zdobił niegdyś Katarzynę II, Mussoliniego i Schrödera. Za nim po swoje odznaczenia (by także z nich zrezygnować) sięgnęli trzej byli prezydenci Ukrainy: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko. Kilku wyższych urzędników, z szefem wywiadu Budanowem na czele, zwróciło inne polskie ordery. Pełna wojna na medale.

Gest, który zawisł na podpisie przeciwnika.

A teraz haczyk, który ginie w całym tym hałasie. Polski prezydent może Order Orła Białego nadać sam, ale żeby go odebrać, potrzebuje czegoś więcej: kontrasygnaty premiera i ogłoszenia w „Monitorze Polskim”. Innymi słowy: wielki gest Nawrockiego wobec Zełenskiego nie wywołuje pełnych skutków, dopóki nie podpisze się pod nim Donald Tusk. A nic nie wskazuje, by miał zamiar to zrobić. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, bo sytuacja wygląda tak: prezydent z jednego obozu politycznego urządza suwerenny spektakl zrywania medalu honoru, lecz jego prawne dopięcie leży w ręku premiera z obozu przeciwnego. Cokolwiek to jest, nie jest to jedno państwo mówiące jednym głosem. To dwa ośrodki władzy, każdy gra swoją partię i całe szczęście, że w tym przypadku (choć z zupełnie różnych powodów) każdemu ten spór o symbole jest na rękę.

Podejrzenie graniczące z pewnikiem.

Powiem teraz rzecz niepopularną i z góry oznaczę ją jako podejrzenie, nie jako wyrok. Mam coraz mocniejsze wrażenie, że samo oburzenie było, przynajmniej po części, wygodne obu naszym obozom. Nie wymyślone od zera, bo dekret o UPA był prawdziwy i naprawdę obraźliwy. Ale spójrzmy na czas i na potencjał „użyteczności” polskiego oburzenia. Wszak to nie była pierwsza taka ukraińska prowokacja: ordery, ulice i tablice upamiętniające tę zbrodniczą organizację zdarzyły się niejednokrotnie, a myśmy to praktycznie przełykali. Oburzyliśmy się akurat teraz (głośno, na poziomie prezydenta) dokładnie w chwili, gdy do rozstrzygnięcia dochodził spór znacznie chłodniejszy i mniej pobudzający słuszne, społeczne emocje, a fala słusznego, symbolicznego gniewu to jedyna rzecz, która spaja u nas wszystkie strony wewnętrznego sporu. Idealna zasłona. Nie twierdzę, że ktoś wyreżyserował to od pierwszej do ostatniej sceny; mówię tylko, że po naszej stronie nikt specjalnie nie kwapił się, by tę falę wygasić.

Twardy spór, czyli myśliwce zamiast wzruszeń.

Bo za medalami toczą się prawdziwe negocjacje. Polska miała przekazać Ukrainie swoje ostatnie czternaście MiG-ów-29. Odpowiedź Kijowa brzmiała w istocie tak: nie weźmiemy ich takimi, jakie są. Najpierw je zmodernizujcie, dodacie nową awionikę i systemy. Odpowiedź Warszawy: za modernizację płacić nie będziemy. Dołóżmy do tego drugą połowę umowy: w zamian za myśliwce Polska miała dostać ukraińską technologię dronową i w wersji Warszawy Kijów się z niej nie wywiązał. I tak wszystko utknęło: ani samolotów, ani dronów. Tymczasem Ukraina dogadała się ze Szwecją na Gripeny (w pierwszej kolejności kilkanaście używanych maszyn, a w perspektywie nawet sto pięćdziesiąt), sprzęt nowszy, zachodni i z nami w niczym nie splątany. Oto rzeczywisty stan tego sojuszu, i nie ma on nic wspólnego z urażonym honorem. To cena, która się nie domknęła.

Pomoc, która stała się interesem.

To jest zmiana, której wciąż nie chcemy zauważyć. Pomoc po cichu, lecz dawno temu zmieniła się w transakcje. Nie ma w tym nic gorszącego: między państwami to norma i oczekiwać czegoś innego było naiwnością. Wciąż jesteśmy największym partnerem handlowym Ukrainy, z eksportem grubo ponad kilkanaście miliardów dolarów płynącym na wschód; przez nasze terytorium idzie lwia część zachodniej pomocy; w Rzeszowie stoi węzeł, bez którego ta wojna wyglądałaby inaczej. To nie są prezenty do rozdawania w imię braterstwa. To są karty. Błąd nie polega na tym, że Kijów gra transakcyjnie, tylko my wciąż udajemy, iż tak grać nie musimy. Odesłany medal robi lepsze wrażenie niż zablokowany kontrakt na myśliwce. Ale to kontrakt, nie medal, mówi ci, gdzie naprawdę stoisz.

Spójrzmy na to bez urazy.

Spójrzmy na to bez urazy, bo właśnie uraza jest pułapką. Obrażanie się, to reakcja, którą Kijów najłatwiej zniesie: kosztuje go jedno oświadczenie i potwierdza, że wciąż gramy w jego rytmie. Dorosły ruch jest odwrotny: potraktować tę relację jak transakcję, którą się stała, i targować się równie twardo, jak targują się oni, o MiG-i, o tranzyt, o handel. Order będzie krążył tam i z powrotem, oświadczenia będą rosły, kapituła będzie obradować. Żadna z tych rzeczy nie zmienia jedynej liczby, która się liczy, tego, co dostajemy w zamian za to, co dajemy. Dzień, w którym zaczniemy zadawać to pytanie na głos, bez sentymentu i bez teatru urażonej dumy, będzie dniem, w którym spór o medale zmieni się w zwykłą, twardą rozmowę dwóch państw, które są sobie potrzebne, i oba dobrze o tym wiedzą.

Decyzję prezydenta Nawrockiego o odebraniu orderu i odesłanie odznaczenia przez prezydenta Zełenskiego opisały Notes from Poland, „Rzeczpospolita”, Kyiv Independent i Al-Dżazira (19-20 czerwca); o zrzeczeniu się Orderu Orła Białego przez Leonida Kuczmę, Wiktora Juszczenkę i Petra Poroszenkę informowała „Rzeczpospolita”. O tym, że do prawnego odebrania orderu potrzebna jest kontrasygnata premiera, przypomniał serwis Prawo.pl. Wstrzymanie przekazania czternastu MiG-ów-29 i spór o ich modernizację relacjonowały The Aviationist, Bankier oraz wypowiedzi wiceministrów Tomczyka i Zalewskiego; ukraińską umowę na szwedzkie Gripeny podały komunikaty Saaba i rządu Szwecji z 28 maja; skalę naszej wymiany handlowej podał Polski Instytut Ekonomiczny. Podejrzenia co do intencji obu naszych obozów politycznych są wyłącznie moje.