Wyceniony na sto miliardów euro, rozłożony na kilkanaście lat – i pogrzebany, zanim powstał choćby jeden prototyp. Tak na początku czerwca, na marginesie salonu lotniczego w Berlinie, skończył się wspólny myśliwiec szóstej generacji, którego Francja i Niemcy miały zbudować razem. Oficjalnie zabrakło „porozumienia”; w rzeczywistości zabrakło rzeczy znacznie trudniejszej do wynegocjowania – wspólnego interesu. I jest to historia o wiele poważniejsza niż jeden samolot, bo mówi nam niemal wszystko o micie, na którym Europa próbuje dziś oprzeć swoje bezpieczeństwo.

Dlaczego nie dało się dogadać.

Powód rozwodu jest pouczający. Francuski Dassault chciał projektu, w którym to on dzierży większość prac i – co ważniejsze – kontrolę nad technologią; partnerzy z Airbusa się na to nie zgodzili. Spór ciągnął się latami, mediacje ostatecznie załamały się wiosną, a z obiecywanych stu miliardów realnie wydano ledwie kilka – i to na studia oraz wczesne fazy, nie na gotową maszynę. Do sporu o pieniądze doszła zaś różnica nie do pogodzenia: Francuzi potrzebują samolotu, który wystartuje z lotniskowca i uniesie ładunek jądrowy, bo na tym opiera się ich doktryna; Niemcy powiedzieli wprost, że maszyny zdolnej lądować na lotniskowcu i przenosić broń atomową po prostu nie potrzebują. Trudno o lepszą ilustrację problemu: dwa państwa, dwie różne wizje wojny, jeden wspólny budżet. Taki projekt musiał pęknąć.

Każdy w swoją stronę.

I tu pęka mit, że „Europa” buduje wspólną obronność. Gdy tylko wspólny samolot upadł, każdy ruszył w swoją stronę. Francja robi to, co umie najlepiej – idzie własną drogą, rozwijając kolejną, głęboko zmodernizowaną wersję myśliwca Rafale. Niemcy rozglądają się, czy dosiąść się do brytyjsko-włosko-japońskiego programu GCAP, dokupić amerykańskich F-35, czy poszukać partnera u Szwedów. Pięć państw, pięć pomysłów na ten sam problem. Warto o tym pamiętać następnym razem, gdy usłyszymy o „europejskiej autonomii strategicznej”: kiedy przychodzi co do czego, autonomię każdy rozumie jako wyłącznie własną.

To samo dzieje się z czołgiem.

Identyczny scenariusz rozgrywa się piętro niżej, przy ziemi. Wspólny francusko-niemiecki czołg przyszłości, znany jako MGCS, od jesieni 2025 roku tkwi w „przeglądzie”, a realny termin jego wejścia do służby przesunął się o dobre kilkanaście lat – mówi się dziś o latach czterdziestych, o ile w ogóle. W praktyce znów każdy radzi sobie sam: Niemcy uruchomiły własny projekt z pominięciem Francji i szykują kolejną, „pomostową” odsłonę Leoparda, bo nowy wóz z linii 2A8 to w gruncie rzeczy jedyny czołg, który z tej współpracy realnie wyjechał. Wspólny myśliwiec i wspólny czołg – dwa sztandarowe projekty, ten sam finał.

Rodzina wychodzi na górce.

Najlepiej widać to jednak po pieniądzach. Spójrzmy na KNDS – koncern produkujący Leopardy i francuskie Leclerki, podzielony po połowie między państwo francuskie a niemieckie rodziny założycieli. Otóż te rodziny postanowiły właśnie sprzedać cały swój pięćdziesięcioprocentowy pakiet, wart około dwudziestu miliardów euro, korzystając z górki na zbrojeniowym boomie i z szykowanego na lato wejścia spółki na giełdę. Mówiąc wprost – wychodzą na samym szczycie. Berlin wpadł w popłoch i przez bank państwowy odkupuje około czterdziestu procent udziałów, byle utrzymać parytet z Francją i nie dopuścić, żeby technologia pancerna trafiła w ręce prywatnych funduszy. Oto ile warta jest „wspólnota”, gdy w grę wchodzą realne aktywa: każdy pilnuje swojego.

SAFE, czyli kasa, z której się wychodzi.

Zostaje jeszcze SAFE – sztandarowy unijny instrument na sto pięćdziesiąt miliardów euro pożyczek na wspólne zbrojenia, reklamowany jako dowód europejskiej solidarności. Polska sięgnęła po niego najwięcej, bo po prawie czterdzieści cztery miliardy. Ale spójrzmy, co robią inni: Włochy, którym przypadło niecałe piętnaście miliardów, pod koniec maja zasygnalizowały, że wezmą ledwie cztery–pięć, czyli rezygnują mniej więcej z dwóch trzecich swojej puli. Powód? Drogi prąd i to, że pożyczka, choćby najtańsza, wciąż powiększa dług. Gdy więc słyszę o „wspólnych europejskich projektach”, przypomina mi się stare powiedzenie o sprzedawaniu gruszek na wierzbie.

A nawet gdy pieniądze są, brakuje mocy.

I tu dochodzimy do sedna, bo nawet tam, gdzie pieniądze już leżą na stole, zaczyna brakować mocy, by przekuć je w sprzęt. Głośny raport firmy doradczej Strategy& policzył, że przy bardzo optymistycznym założeniu siedemnastoprocentowego rocznego wzrostu niemiecki przemysł zbrojeniowy i tak nie nadąży za zamówieniami – luka między popytem a możliwościami produkcji, narastając do 2035 roku, sięgnąć ma grubo ponad sto miliardów euro. Inaczej mówiąc: można ogłaszać kolejne fundusze i kolejne miliardy, ale fabryk, wykwalifikowanych ludzi i łańcuchów dostaw nie da się dodrukować z dnia na dzień. Euforia zamówień to jedno, a zdolność ich realizacji – drugie.

Lekcja dla nas.

Po co o tym wszystkim mówię? Bo wyłania się z tego lekcja dla Polski. Jeżeli wspólny samolot, wspólny czołg i wspólny fundusz rozsypują się w tym samym czasie, to znaczy, że bezpieczeństwa nie wolno opierać na obietnicy, że „Europa coś razem zbuduje”. Europa zbuduje dokładnie to, co opłaci się akurat Berlinowi i Paryżowi – i ani jednej śruby więcej. Nie mówię, żeby się od tych projektów odwracać; mówię, żeby nie traktować ich jako filaru własnego bezpieczeństwa. Filar musimy mieć swój: własny przemysł, własne zapasy, własne zdolności i sojusz z tym, kto realnie odstrasza. Cała reszta jest miłym dodatkiem – dokładnie do pierwszego poważnego rachunku.

Podstawa faktograficzna: zakończenie prac nad wspólnym myśliwcem szóstej generacji opisały 8–9 czerwca 2026 roku Defense News, Aviation Week i Euronews; stan programu MGCS oraz losy czołgu Leopard 2A8, a także sprzedaż pakietu rodzin założycieli w koncernie KNDS i reakcję Berlina relacjonowały Bloomberg i Reuters; lukę produkcyjną niemieckiej zbrojeniówki wyliczył raport firmy Strategy&; alokacje unijnego instrumentu SAFE podała Rada Unii Europejskiej, a o ograniczeniu włoskiego udziału informowano na przełomie maja i czerwca 2026 roku.