Zdjęcia z Berlina obiegły sieć w kilka godzin: polscy działacze zakuci w kajdanki, kilkadziesiąt metrów od kamienia, który sami Niemcy postawili ku pamięci pomordowanych przez siebie Polaków. I natychmiast ruszył spór – czy była to brutalna pacyfikacja, czy rutynowa interwencja wobec niezgłoszonego zgromadzenia z wielkim krzyżem. Przyznam szczerze: ten spór interesuje mnie najmniej. Bo pod nim leży pytanie, na które nikt w Warszawie nie kwapi się dziś odpowiedzieć – gdzie, do licha, było polskie państwo.
Co wiemy na pewno, a co tylko z jednej kamery.
Zacznijmy od faktów, bo narosło wokół nich więcej emocji niż treści. We wtorek, 16 czerwca, Robert Bąkiewicz z kilkunastoma działaczami Ruchu Obrony Granic pojawił się w pobliżu Reichstagu z dużym drewnianym krzyżem i transparentami, by ustawić go przy kamieniu upamiętniającym polskie ofiary niemieckiej okupacji. Policja – jak relacjonują Polsat News, Wirtualna Polska i Interia, powołując się na polskie MSZ – proponowała, by podejść do pomnika bez krzyża i transparentów albo pojedynczo. Grupa ruszyła z krzyżem, doszło do użycia siły, część osób zakuto, a jedna pozostała zatrzymana. Tyle jest pewne i tyle potwierdza nasza dyplomacja.
Cała reszta – że była to „pacyfikacja”, że komuś połamano żebra, że krzyż wylądował na ziemi – pochodzi na razie z transmisji TV Republiki i od bliskich pana Bąkiewicza. Może się okazać prawdą. Ale w chwili, gdy to piszę, nie potwierdza tego żadne niezależne źródło, a niemieckie media głównego nurtu w ogóle o sprawie milczą. Trzymajmy więc te dwa porządki osobno – bo na tym właśnie polega różnica między dziennikarstwem a kibicowaniem.
I jeszcze jedno, o czym dziś mało kto pamięta: to nie pierwszy raz. Już w grudniu ludzie Bąkiewicza zostali zatrzymani przez niemiecką policję w Berlinie, gdy próbowali postawić krzyż w tym samym miejscu pamięci. Nie mamy więc do czynienia z jednorazowym wybrykiem, lecz z powtarzającym się scenariuszem – i to jest pierwszy sygnał, że ktoś po polskiej stronie powinien był się do niego przygotować.
Pomnik, którego wciąż nie ma.
Warto wiedzieć, o jaki kamień chodzi, bo w nim siedzi cała symbolika. Rok temu, dokładnie 16 czerwca 2025 roku, Niemcy odsłonili w Berlinie tymczasowe „Miejsce Pamięci o Polakach 1939–1945” – wielki głaz z tablicą, tuż przy Reichstagu, w miejscu dawnej Opery Krolla, z której Hitler ogłaszał napaść na Polskę. Słowo „tymczasowe” jest tu najważniejsze. Pomnik z prawdziwego zdarzenia, razem z Domem Polsko-Niemieckim, wciąż bowiem nie istnieje: konkurs na projekt ma ruszyć dopiero w tym roku, a pieniądze odłożono na budżet na rok 2027 lub 2028. Trzeba uczciwie dodać, że strona niemiecka budowę stałego pomnika zapowiada, a kanclerz Merz mówił wprost o jej zainicjowaniu.
A teraz proporcje, bo to one mówią najwięcej. Tym samym głazem dla Polaków opiekuje się ta sama fundacja, która prowadzi berliński Pomnik Pomordowanych Żydów Europy – ten otwarty w 2005 roku, złożony z 2711 betonowych stel, którego sama budowa kosztowała 27,6 mln euro, a wraz z wartością przekazanej przez państwo niemieckie działki – około 67 mln. Nie stawiam tych ofiar na jednej szali, bo byłoby to obrzydliwe. Stawiam tezę o czymś innym: o tempie i o hierarchii. Pomnik jednych ofiar stoi od dwudziestu lat. Pomnik drugich, ich sąsiadów zza Odry, to po ponad osiemdziesięciu latach wciąż głaz „na razie”.
Gdzie było polskie państwo
I tu dochodzimy do sedna, czyli do tego, kogo zabrakło. Kiedy obywatel jednego państwa zostaje zatrzymany na terytorium drugiego, prawo międzynarodowe jest akurat jednoznaczne. Konwencja wiedeńska o stosunkach konsularnych z 1963 roku mówi wprost: władze, które kogoś zatrzymują, mają bez zwłoki powiadomić konsula, a konsul ma prawo odwiedzić zatrzymanego, rozmawiać z nim i zorganizować mu obronę. To nie jest uprzejmość ani gest dobrej woli. To obowiązek jednych i nasze uprawnienie.
W mojej ocenie polski konsul powinien zjawić się tam w kwadrans. Powinien być od początku. Tymczasem to redakcja Radia Debata, a nie przedstawicielstwo Rzeczypospolitej, próbowała dodzwonić się na berlińską komendę po jakiekolwiek informacje – i została zbyta. Owszem, MSZ potwierdziło później całe zdarzenie i zapowiedziało, że szczegóły wyjaśnia konsul. Tyle że „później” i „wyjaśnia” to stanowczo za mało, kiedy polskich obywateli kuje się w kajdanki pod pomnikiem polskich ofiar.
Dlatego powiem wprost: ambasador Niemiec powinien jeszcze tego samego wieczoru zostać wezwany do ministra Sikorskiego – nie na kawę, lecz na dywanik. Polska potrafi to robić, kiedy chce. Jeszcze w listopadzie szef naszej dyplomacji osobiście interweniował u niemieckiego odpowiednika, gdy tamtejszy dom aukcyjny zamierzał licytować listy więźniów obozów – i aukcję odwołano. Skoro stać nas na twardość w sprawie aukcji, to tym bardziej powinno nas być stać na nią wtedy, gdy w grę wchodzą żywi ludzie w kajdankach.
Obowiązek nie zależy od sympatii.
Wiem, co pomyśli teraz część z Was, bo Robert Bąkiewicz dzieli jak mało kto. Były szef Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, twórca Ruchu Obrony Granic – dla jednych obrońca polskości, dla drugich watażka od przygranicznych bojówek. Jego sprawy sądowe to osobny rozdział. Ale – i tej tezy będę bronił – obowiązek państwa wobec własnego obywatela nie zależy od tego, czy ten obywatel nam się podoba. Nie zależy od jego poglądów, partii ani fryzury. Albo opieka konsularna należy się każdemu Polakowi za granicą, albo jest fikcją.
I jeszcze coś, co siedzi głębiej. Możemy się spierać o krzyż, o transparenty, o to, czy zgromadzenie zgłoszono w terminie. Ale obraz polskich obywateli kutych w kajdanki właśnie tam, pod kamieniem upamiętniającym Polaków zamordowanych przez Niemców, ma wymiar, którego żaden regulamin zgromadzeń nie unieważni. Są miejsca, w których forma schodzi na drugi plan przed symbolem – i berliński głaz ku czci pomordowanych jest dokładnie takim miejscem.
Policzmy to na chłodno.
Patrząc na całość bez emocji, widzę jeden niewygodny wniosek. Niemcy – choć opieszale i dopiero po osiemdziesięciu latach – swój rachunek sumienia wobec polskich ofiar przynajmniej zaczęli odrabiać: stawiają kamień, zapowiadają pomnik, prowadzą Dom Polsko-Niemiecki. Kłopot w tym, że kiedy o tę pamięć trzeba realnie zawalczyć na berlińskim bruku, po polskiej stronie zostają sami obywatele – aktywiści, dziennikarze, przypadkowi ludzie z telefonami – a nie ich państwo. To nie jest opowieść o złej niemieckiej policji ani o dobrym czy złym Bąkiewiczu. To opowieść o państwie, które wciąż nie nauczyło się stawać murem za swoimi, zanim zrobią to za nie kamery. I dopóki się tego nie nauczy, każdy kolejny taki wtorek będzie się powtarzał. Znowu.
Co w tej sprawie jest pewne, a co nie: samo zatrzymanie działaczy Ruchu Obrony Granic w Berlinie 16 czerwca, propozycję policji, by podejść bez krzyża, oraz to, że jedna osoba pozostała zatrzymana, a sprawę bada konsul, potwierdziło polskie MSZ i opisały Polsat News, Wirtualna Polska i Interia. Berliński „Gedenkort für Polen 1939–1945” odsłonięto 16 czerwca 2025 roku, a stały pomnik i Dom Polsko-Niemiecki to wciąż projekt; sama berlińska policja dzień wcześniej zapowiedziała zakaz zgromadzeń wokół tego miejsca na 17 czerwca – w rocznicę odsłonięcia i w 35-lecie polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie. Koszt budowy Pomnika Pomordowanych Żydów Europy, 27,6 mln euro, podaje Fundacja Denkmal. Konwencję wiedeńską cytuję za tekstem ONZ. Najostrzejsze relacje – o pacyfikacji i obrażeniach – pochodzą na razie wyłącznie z transmisji TV Republiki i od rodziny, i nie zostały niezależnie potwierdzone. Ocena całej sytuacji jest moja.