W nocy z 28 na 29 maja rosyjski dron spadł na blok mieszkalny w rumuńskim Gałaczu. Kilka dni później Rumunia podpisała wart miliardy euro kontrakt zbrojeniowy, którego jeszcze tydzień wcześniej – ustami własnego ministra – podpisać nie chciała. Mało kto połączył te dwie kropki, a one układają się w tezę prostą i niewygodną – najlepszym handlowcem współczesnej zbrojeniówki nie jest żaden inżynier ani lobbysta, tylko strach. I właśnie patrzymy, jak ten handlowiec domyka transakcję.
Rumuński scenariusz, czyli jak rośnie cena, kiedy tyka zegar.
Zacznijmy od pieniędzy, bo od nich wszystko się tu zaczyna. Unia uruchomiła instrument SAFE, czyli Security Action for Europe – pulę stu pięćdziesięciu miliardów euro tanich, długoterminowych pożyczek na wspólne zakupy uzbrojenia. Rumunia dostała w nim drugą co do wielkości kopertę, blisko siedemnaście miliardów euro, zaraz za Polską. I tu zaczyna się rzecz, o której warto pamiętać, bo to dosłownie ostatnie dni. Rumuński minister obrony Radu Miruță publicznie poskarżył się, że dostawcy, gdy przyszło do podpisu, wrócili z ceną wyższą o jakieś trzydzieści procent, i zapowiedział, że nie ulegnie presji czasu. Mówiąc wprost – ktoś zorientował się, że nad kontraktem tyka zegar unijnego terminu, i odpowiednio podkręcił stawkę. To nie są negocjacje, to jest Grand Bazaar w Stambule.
I w tym właśnie momencie pojawia się dron. W nocy z 28 na 29 maja rosyjski Shahed, jeden z roju lecącego na ukraiński port w Izmaile tuż po drugiej stronie rzeki, przekroczył granicę i uderzył w dach sześciopiętrowego bloku w Gałaczu. Dwoje rannych, pożar w mieszkaniu, poderwane dwa F-16. Rumuni naliczyli już dwudzieste ósme naruszenie ich przestrzeni od początku wojny. A europejski komentarz po incydencie był jeden – musicie nadrobić zaległości w obronie antydronowej, nie może być tak, że nie macie tych systemów. I co się dzieje w ciągu kilku dni? Odrzucona parę dni wcześniej umowa zostaje podpisana, tuż przed upływem unijnego terminu. Oficjalnie domknął ją kalendarz. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę domknął ją strach.
Zaznaczam to wyraźnie, bo nie rzucam takich słów lekko. Nie twierdzę, że ktokolwiek tego drona zaplanował pod kontrakt – był to rosyjski atak na ukraiński port, a rosyjskie pochodzenie maszyny potwierdziło śledztwo. Ale samo pytanie, komu ten incydent był na rękę i kto na nim zarobił, jest w pełni zasadne. Bo efekt jest taki, że Rumunia ma dziś zamówione systemy, których fizycznie jeszcze nie ma, za cenę, którą jej własny minister jeszcze tydzień wcześniej nazywał wymuszeniem. Mają mieć. Lubię to sformułowanie, bo świetnie oddaje, jak niewiele realnie zmieniło się w ich bezpieczeństwie z dnia na dzień, a ile zmieniło się na fakturze.
Co właściwie kupiono, czyli system, którego jeszcze nie ma.
Bądźmy uczciwi co do sprzętu, bo on akurat jest dobry. Rheinmetall dostarczy Rumunom w pakiecie wartym około sześciu miliardów euro między innymi siedem zestawów Skynex i dwa Skyranger – to są naprawdę solidne systemy przeciwlotnicze i przeciwdronowe, bijące tani dron pociskiem trzydziestopięciomilimetrowym z programowanym zapłonem, a więc znacznie taniej niż rakietą. Problem nie leży w sprzęcie. Problem leży w tym, że między podpisem a pierwszą realnie broniącą nieba baterią mijają lata, a strach i faktura działają natychmiast. Najpierw ten sam mechanizm zadziałał na Bałtyku, potem w Rumunii – ząb za ząb, kolejny sygnał, kolejny podpis. Dron stał się komunikatem, a komunikat – narzędziem sprzedaży.
Uderzenie w Gałacz to także komunikat do Duisburga.
A teraz spójrzmy na to z mojej dawnej perspektywy, bo na portach akurat znam się co nieco. Gałacz to nie przypadkowe miasto na mapie. To największy rumuński port rzeczno-morski nad Dunajem, miejsce, gdzie statki morskie wchodzące deltą od strony Suliny rozładowują towar na barki rzeczne. A stąd prowadzi już prosta droga w górę – Dunajem, przez Kanał Men–Dunaj, na Ren, aż do Duisburga, największego portu śródlądowego Europy, przez który przewija się ponad sto milionów ton ładunków rocznie, a więc skala rzędu naszego Gdańska. Dlatego dla mnie uderzenie w dolny Dunaj to nie tylko cios w Rumunię. To może być też komunikat wysłany tą wodną arterią dalej, w stronę Niemiec – sygnał, że Rosja potrafi sięgnąć newralgicznego szkieletu transportowego całej Europy. To moja interpretacja, jedna z możliwych, ale połączenie tych kropek ma swoje uzasadnienie.
Nie wierzcie jednej wycenie.
Jest jeszcze druga warstwa tej historii, czysto finansowa. Akcje Rheinmetalla od napaści Rosji na Ukrainę poszły w górę mniej więcej dziesięciokrotnie. Deutsche Bank podtrzymuje rekomendację „kupuj” z ceną docelową rzędu dwóch tysięcy stu euro. Brzmi pięknie – tyle że sam papier po słabszym pierwszym kwartale tego roku osunął się z okolic dwóch tysięcy do mniej więcej tysiąca dwustu euro. I tu mój apel – nie bierzcie jednej, marketingowej w gruncie rzeczy wyceny jednego banku za wyrocznię. Frankfurcka giełda jest pod czujnym okiem funduszy amerykańskich, chińskich i japońskich, i to one, a nie komunikat Deutsche Banku, urealnią w końcu tę cenę.
Bo wyceny bywają narzędziem, nie prawdą objawioną. Pamiętamy, jak w pandemii Lufthansa leciała na łeb na szyję i była do kupienia za psie pieniądze, a mimo to rząd Merkel wyłożył dziewięć miliardów euro i uznał, że narodowy przewoźnik musi zostać niemiecki – po czym państwo wyszło z tej inwestycji z zyskiem. Tak samo Francja przy Air France. A z drugiej strony mamy naszą lekcję. W 2009 roku, w środku kryzysu i w czasie, gdy wokół prywatyzacji Lotosu pojawiali się także rosyjscy chętni, ten sam Deutsche Bank ściął wycenę gdańskiej spółki do siedmiu złotych. Raz ten sam bank ciągnie w dół, raz w górę. Dlatego do każdej rekomendacji podchodźmy jak profesjonaliści – z ołówkiem, a nie z wiarą.
Najdroższy doradca
Sprowadźmy to do jednego. Zagrożenie jest realne – rosyjskie drony nad terytorium NATO to nie fantazja, doświadczyła tego i Polska, gdy we wrześniu zeszłego roku nad naszym krajem trzeba było strącać wlatujące maszyny. Potrzeba obrony antydronowej jest prawdziwa i pilna. Ale właśnie dlatego nie wolno nam kupować pod wpływem strachu, w cieniu jednego incydentu, jednej marketingowej wyceny i tykającego unijnego terminu. To prosta droga do przepłacania za systemy, których jeszcze nie ma. Rumuński minister, który dopominał się o uczciwą cenę i o miejscowy udział w produkcji, robił dokładnie to, co robić należy. Kupujmy dużo i kupujmy szybko, bo czasu jest mało – ale kupujmy na chłodno, bo policzyliśmy i wiemy, że tego potrzebujemy, a nie dlatego, że ktoś właśnie machnął nam przed oczami dronem. Strach jest najdroższym doradcą, jakiego można sobie wynająć.
W tekście opieram się na rozporządzeniu Unii Europejskiej ustanawiającym instrument SAFE z maja 2025 roku i na przyznanych w jego ramach alokacjach, na doniesieniach o rumuńsko-niemieckich kontraktach zbrojeniowych i sporze o ich cenę, na potwierdzonych przez stronę rumuńską okolicznościach uderzenia rosyjskiego drona w Gałaczu z przełomu maja i czerwca tego roku, na danych portów w Gałaczu, Duisburgu i Gdańsku oraz przebiegu korytarza wodnego Ren–Men–Dunaj, na notowaniach i rekomendacjach dla spółki Rheinmetall, a także na historii pomocy publicznej dla Lufthansy i Air France oraz na wycenie Grupy Lotos z 2009 roku.